poniedziałek, 30 lipca 2012

52 Rozdział

-Witaj w domu,Zayn...-mruknąłem do siebie wysiadając z samolotu.Uwielbiałem Bradford,w końcu tam się urodziłem i tam miałem rodzinę..ale to właśnie w Londynie czułem,że jestem we właściwym miejscu.Czekali już na mnie na lotnisku.Meggie,Niall,Harry,Louis i Eleanor.A więc Liam i Danielle musieli być przy niej...
-Cześć stary,jak tam podróż?-spytał Harry i przywitałem się z męską częścią ekipy.Kiedy Meggie podeszła do mnie,uśmiechnęła się blado po czym zawiesiła na mojej szyi.Myślałem,że wybuchnę płaczem.
-Dobrze,że jesteś,Zayn.-szepnęła.
-Co z nią,Meg?-spytałem a ona...zawahała się.Oderwała się ode mnie po czym stanęła obok Nialla i spuściła wzrok.
-Pogorszyło się.-powiedziała smutno Eleanor.Wystarczyły tylko te dwa słowa.Przeprosiłem ich,zabrałem torbę i podbiegłem do pierwszej lepszej taksówki.
-Poczekaj! Jesteśmy samochodami!-zawołał Lou i rzucił mi kluczyki.Jak tylko je złapałem szybko wsiadłem do auta,a tuż za mną wgramolił się Lou i Eleanor.Nie czekaliśmy aż Harry do nas dojedzie tylko ruszyliśmy do szpitala najszybciej jak się dało.Po pięciu minutach byłem już pod salą gdzie czekali Liam i Danielle.Zobaczyłem ją przez szklaną szybę.Podłączona do wielu nieznanych mi aparatur po prostu spała...Nikt nie wiedziałby dlaczego ona się tutaj znajduje gdyby nie okropna bladość jej skóry i wielki brzuch.Tak...nie była sama.To już ósmy miesiąc.
-Zayn..-poderwała się Danielle i momentalnie przytuliła się do mnie,po chwili to samo zrobił Liam.
-Dziękuję,że przy niej zostaliście.-szepnąłem i wszedłem po cichu do środka.Bezszelestnie usiadłem na skraju łóżka i jedną dłonią objąłem jej rękę,podłączoną do wenflonów,a drugą położyłem na brzuchu.
Te dwa gesty wystarczyły żeby przerwać jej sen.
-Wróciłeś.-uśmiechnęła się blado choć na jej twarzy widniał ból.-Jak dzieci?
-Już tęsknią.-przyłożyłem sobie jej dłoń do ust i ucałowałem ją a ona odwzajemniła to muskając nią mój policzek.-Jak się czujesz? To znaczy...jak się czujecie?
-My czujemy się w miarę.-pogłaskała się po brzuchu.-Bywało lepiej.
-Nie mam pojęcia skąd ty bierzesz tyle uśmiechów.-przyznałem szczerze.
-A co,mam tak leżeć i się dołować? Wolę się pouśmiechać.
Wkrótce dołączyła do nas reszta i wspólnie przesiedzieliśmy z Mariną do wieczora,później kazano nam się z nią pożegnać bo ona i dziecko musieli odpocząć.Obiecałem,że przyjdę jutro.
Na całe szczęście nie musiałem być sam w domu,bo na czas ciąży,Niall i Meggie wprowadzili się do nas żeby pomóc.Kiedy my nagrywaliśmy płytę,albo wyjeżdżaliśmy w trasę,Marinie było łatwiej dzięki obecności Meg,przynajmniej zapanowały jakoś nad tymi dwoma urwisami.Gdy przewieziono ją do szpitala obiecali pomóc i mi.
-Ciesze się,że jesteście teraz ze mną.Nie chciałoby mi się wracać do pustego domu.-wyznałem a oni uśmiechnęli się i zabraliśmy się za kolacje.Następnego dnia z samego ranka odwiedziłem Mary,która przysięgła mi,że czuje się już dużo lepiej i wtedy spokojnie mogłem jechać na próbę.Kolejne dni przebiegały bez większych komplikacji.Lekarz codziennie rozmawiał ze mną nad jej stanem i trudno było cokolwiek przewidzieć...Z dnia na dzień było różnie: raz było wszystko w normie,a raz jej stan diametralnie się zmieniał.Dni mijały aż w końcu nadszedł dzień w którym mieliśmy zagrać pierwszy koncert z piosenkami z nowej płyty.Na całe szczęście nie musiałem nigdzie wyjeżdżać bo był on w Londynie.

Mijała już połowa koncertu kiedy Niall został po cichu ściągnięty ze sceny.Zauważyliśmy to z chłopakami kątem oka,ale kontynuowaliśmy skutecznie występ.Już miałem rozpoczynać moją moją solówkę kiedy Horan mi przerwał.
-Bardzo Was przepraszam,ale muszę przerwać.Zayn...zaczęło się.-podszedł do mnie i poklepał mnie po plecach a ja stałem i patrzyłem na niego zdziwiony.
-Co się zaczęło?
-Twoje dziecko właśnie wychodzi na świat.
-Mary rodzi,no leć do niej,ciołku!!-zawołali jednocześnie Louis i Harry i wtedy dopiero to do mnie dotarło.Pierwsze co zrobiłem to wybałuszyłem oczy i złapałem się za głowę.
-Będę ojcem!
-Ty już jesteś ojcem,masz dwójkę dzieci!-zawołał nagle Paul wchodząc na scenę i podając mi telefon do ręki.-To telefon od twojej żony.No odbierz!
Spojrzałem na nich wszystkich zdziwionych,fanki najwyraźniej były zszokowane równie jak ja,ale wszyscy chórem zawołali żebym odebrał.Nadal nie dochodziło do mnie to co przed chwilą usłyszałem więc wziąłem tą komórkę.
-Ha..halo?-spytałem i mój głos rozbrzmiał się po całej sali.-Czemu jest takie echo...Podłączyliście moją rozmowę do głośników?!
-MALIK!-zaskrzeczał głos Mariny.-Dla twojej...wiadomości właśnie rodzę twoje trzecie...dziecko! AAAAAAA!
-Mary? Ja...o matko...
-Więc lepiej rusz dupę i przyłaź szybko do szpitala...bo jak nie...AAAAAA! TO ZABIJĘ CIĘ WŁASNYMI RĘKAMI!!!!-wrzasnęła i prawdopodobnie rzuciła telefonem bo coś huknęło.Z oddali ciągle słychać było jej okropne krzyki i uspokojenia pielęgniarek.
-NO LEĆ DO NIEJ!-krzyknął Liam a ja wcisnąłem mikrofon w ręce Hazzy i szybko wybiegłem ze sceny mijając przy tym wyszczerzony zespół.Aż do samego wyjścia towarzyszyły mi rozchodzące się oklaski fanów,ale ja nie skupiałem się na tym tylko wsiadłem szybko do samochodu,którym prędko podjechał Paul.Jak na złość na drodze zrobił się wielki korek.
-PAUL ZRÓB COŚ!!!-wrzasnąłem.
-Nie dam rady choć bym chciał! Chociaż...zapnij pasy!-jak rozkazał tak zrobiłem a ten wyminął ciężarówkę i pędem wyjechał na chodnik.Jechaliśmy tak dopóki nie było ludzi,a kiedy się pojawili wcisnęliśmy się pomiędzy pojazdy.Byliśmy już niedaleko szpitala kiedy usłyszeliśmy za sobą wycie radiowozu.
-Noo nieee....-jęknąłem i zakryłem twarz w dłoniach.-Ja pierdole,akurat dzisiaj?!
-Wysiadaj i leć,ja to załatwię.-powiedział z dziwnym spokojem.
-Serio?
-Tak tak,BIEGNIJ!
Pokiwałem głową po czym wygramoliłem się z auta i biegiem puściłem się w kierunku szpitala.Jak najszybciej dotarłem do sali,w której odbywał się poród i kiedy tam wszedłem zakręciło mi się w głowie na widok Mary,którą po głowie głaskały Eleanor i Danielle.Meggie trzymając ją za rękę wskazała żebym do niej podszedł.
-To twoje miejsce,no dalej!-zawołała a ja spojrzałem na Marinę,która gdyby tylko mogła naprawdę zabiłaby mnie swoim wzrokiem.
-SPÓŹNIŁEŚ SIĘ!!!-ryknęła a ja zdenerwowany przygryzłem dolną wargę.
-Oddychaj Mary,oddychaj...-doradziłem i sam tak zrobiłem,w przeciwieństwie do niej.-Oddychaj głęboko i...i przyj! Przyj cały czas! Pamiętasz jak to było z bliźniakami? Poradziłaś sobie świetnie!-goniłem raz z jednej i drugiej strony cały przejęty.-Przyj! Staraj się,jeszcze mocniej!
-CHCESZ ZA MNIE URODZIĆ TO DZIECKO?!-wybuchnęła cała czerwona kiedy pielęgniarka robiła jej okład na twarzy.-MYŚLISZ,ŻE CO JA ROBIĘ?
-Oj już dobrze,dobrze!-machnąłem ręką i dalej robiłem swoje.Po piętnastu minutach nawroty głowy znowu nastąpiły i to w takim stopniu,że musiałem się napić i przytrzymać stolika.
-Wszystko w porządku,tatuśku?-zapytała mnie Danielle a ja pokiwałem głową.Mary natychmiast odnalazła mnie wzrokiem.
-SPRÓBUJ MI TYLKO ZEMDLEĆ...-spiorunowała mnie wzrokiem i wtedy poczułem jak odpływam.

Rozchyliłem delikatnie powieki i ujrzałem okropnie bijące w oczy,białe światło.Otarłem oczy dłonią i wtedy zlokalizowałem swoje położenie: nadal znajdowałem się na ziemi,tyle że bliżej otwartego okna.Cały obolały wstałem rozmasowując sobie kark i wtedy ujrzałem śpiącą Mary.Chyba...chyba śpiącą.Momentalnie podbiegłem do łóżka i zaraz obok mnie pojawiła się pielęgniarka.
-Już się Pan obudził.Pańska córka została przeniesiona do sali obok,niech się Pan nie martwi,nikt jej nie porwał.-zachichotała widząc moją przerażoną minę.
-C..córka? Mam córkę?-wydukałem a ona z uśmiechem pokiwała głową.Ten gest zniknął z jej twarzy kiedy zerknęła w kierunku Mariny.
-Niestety z Pańską żoną jest bardzo źle.-szepnęła a ja podążyłem za jej wzrokiem.Mary była jeszcze bledsza niż ostatnio i wyraźnie osłabiona,wykończona.Podszedłem do niej i złapałem ją za lodowatą dłoń.
-Co jej się stało? Wyjdzie z tego?-spytałem z nadzieją w głosie a ona spojrzała na mnie smutno.
-Zrobimy co w naszej mocy.-odrzekła i wyszła z sali.Siedziałem tak wpatrując się w jej ciężki oddech kiedy do sali weszła Meggie.
-Zayn...-zaczęła powoli i zaszkliły się jej oczy patrząc na naszą dwójkę.-Mary...Mary jest strasznie słaba,ale wyjdzie z tego,zobaczysz.-zapewniła mnie i położyła rękę na moim ramieniu.
-A co jeśli nie?-zadałem to pytanie,które raniło nas wszystkich,a najbardziej mnie.
-Nie możemy myśleć w ten sposób.-załkała.-Daj jej odpocząć i choć zobaczyć małą.Ona też Cię potrzebuje.
Wtedy przypomniałem sobie o moim dziecku.Na lekko chwiejnych nogach,prowadzony przez Meg wszedłem do sali i stanąłem przy małym łóżeczku otoczonym szklaną powłoką,za którą znajdowała się moja córeczka.Na pierwszy rzut oka pomyślałem,że to Anjali pięć lat wcześniej bo rzeczywiście była identyczna.Uśmiechnąłem się kiedy jej mała rączka ścisnęła się w piąstkę.
-Jak ją nazwiecie?
-Naina.-odpowiedziałem z uśmiechem.-To po hindusku znaczy 'oczy'.
-No proszę...oczka to ona ma śliczne.Czyli tylko Harry ma w miarę normalne imię?-parsknęła a ja uniosłem brew.
-Masz coś do naszych azjatyckich imion? Obydwoje z Mary mamy stamtąd korzenie,dlatego postanowiliśmy ich tak nazwać.A Harry to kompletnie inna historia.
-Nie nie,absolutnie nic nie mam!-uniosła ręce w geście poddania się.-No właśnie,czemu Harry to Harry?
-No wiesz...Duży Harold był wtedy załamany...sama rozumiesz.-wzruszyłem ramionami.Po kilkunastu minutach wpatrywania się w córeczkę wyszliśmy na korytarz gdzie czekała cała reszta.
-Zayn...słyszeliśmy o Mary.Tak strasznie nam przykro...-zaczął Lou a ja spojrzałem na niego zaskoczony.Chyba nic się nie stało?!
-Ale z drugiej strony serdeczne gratulacje,masz kolejnego dzieciaka!-Liam szybko zmienił temat widząc moją minę.
-Dlaczego wam przykro?-ominąłem jego gratulacje.
-Pańska żona walczy o życie.-usłyszałem za sobą głos lekarza.

Widzę,że wszyscy przejęliście się tym co stało się z Mary.Muszę przyznać,że bardzo mnie to cieszy bo właśnie o to mi chodziło :) Teraz pozostaje czekać...

sobota, 28 lipca 2012

51 Rozdział

złap mnie za rękę i chodź. pójdziemy tam gdzie nikt nas nie znajdzie. pozostaniemy razem.

6 lat później...

| Zayn |
Nie ma to jak świeże,wieczorne powietrze...Ogólnie nie ma to jak przechadzać się ciemnymi uliczkami Bradford,co najważniejsze: W SPOKOJU.Ooo tak,od dawna mi tego brakowało.
Jednak kiedy jest się ojcem,tak długo zaznać tej przyjemności nie można,dlatego korzystałem z tego póki mogłem i nie zastanawiając się kupiłem mrożoną kawę,zapaliłem papierosa i rozkoszowałem się samotnością...Nie minęło dziesięć minut odkąd wyszedłem,a już po mnie dzwonili.
-Zayn? Gdzie ty jesteś? Nawet nie zauważyłam kiedy wyszedłeś z domu! Wracaj szybko,twoja mama zaraz tu będzie,chce z tobą porozmawiać.-usłyszałem jak zwykle szybki głos teściowej.-Harold,zostaw te cukierki,za chwilę będzie kolacja!
-Dobrze mamo,zaraz będę...-westchnąłem i prędko się rozłączyłem.Odkąd nie ma w domu Mariny dzieci szaleją jeszcze bardziej niż dotąd.O ile można.
Chcąc nie chcąc,musiałem wracać.Po kilku minutach z powrotem byłem pod domem teściów więc szybko wyrzuciłem papierosa,odetchnąłem głęboko ostatni raz i wkroczyłem do tej...dziczy.
-AAAAAAA! Zostaw! Zostaw moje walkoczyki! Powiem o wsystkim tacie!
-Nie powies bo go nie ma!
-Ale moge zadzwonić!
-Nie,bo nie znasz numelu!
-Co z tego,babcia Trisha mi da!
-Ale ty jesteś glupia....
-Sam jesteś glupi!
-Ty glupsza!
-Nie,bo ty!
-Anjali,Harry przestańcie wreszcie!!-usłyszałem to wszystko jak tylko przekroczyłem próg przedpokoju.Skoro tak dobrze było słychać co oni wyprawiają już tutaj,to co musi się dziać w salonie...
-Ale to wsystko jego wina,babciuu!-Anjali wskazała paluchem na brata,a ten udawał,że nie wie o co chodzi.
-Moja? Powaznie? Chyba musialaś mnie z kimś pomylić.
-Nie plawda! Babciu,on klamie!
-Jakze bym mógl oklamywać wlasną siostlę,kochana babciu?
-Oh,Harry nie bądź już taki czarujący jak twój ojciec chrzestny.-powiedziała a ja się zaśmiałem na samo wspomnienie o Harrym.Harrym Stylesie.
-No dobra,a więc co się tu dzieje?-spytałem wchodząc do salonu.
-Mój ojciec szestny jest w pozo,co nie tato?-Harry podleciał do mnie i przybił mi żółwika jak mieliśmy już to w zwyczaju,natomiast Anjali gdzieś zniknęła.
-No jasne,że tak.Ale powiedz mi teraz gdzie jest twoja siostra?
-Uciekla na góre,pewnie znowu lyczy na balkonie.-wzruszył ramionami a ja zachichotałem.
-Czy wy kiedykolwiek się dogadacie?
-To bardzo wątpliwe,Zayn.-w rozmowę jak zwykle wtrąciła się matka Mary.
-Też tak myślę,mamo.-powiedziałem i ruszyłem na górę.Tak jak podejrzewał Harry,Anjali siedziała na balkonie przytulona do misia i pochlipywała patrząc na bijący księżyc.
-Nawet nie wiesz jak bardzo przypominasz mi teraz twoją matkę...-zacząłem a ona aż podskoczyła.-Też zawsze przychodziła tu kiedy była smutna,też uwielbiała patrzyć w księżyc..no,może z wyjątkiem tego misia.-połaskotałem ją w bródkę a ona zachichotała.-Ale ten śmiech...jest identyczny.Jesteś bardzo do niej podobna,wiesz?-usiadłem obok niej.
-Za to Harry jest baldzo podobny do Ciebie.Skoda tylko,ze jest taki glupi!
-Wyrośnie z tego.Obydwoje wyrośniecie w tak zaskakującym tempie,że nawet się nie postrzeżecie.A po za tym...ja wcale nie byłem lepszy w jego wieku.
-Juz wspólczuje cioci Doniyah.-westchnęła.
-Ooo tak...jej to szczególnie uwielbiałem dopiec...-zaśmiałem się przypominając sobie dzieciństwo.-Ale kiedyś będziecie się z tego śmiać,uwierz mi.-otarłem łzy z jej policzka a ona wgramoliła mi się na kolana.
-Kocham Cię,tato.
-Ooo jakie to słodkie!-parsknąłem a ona obróciła się do mnie twarzą i zmrużyła brwi.
-Wies co powinieneś telaz odpowiedzieć! Ucylam Cię tego!
-Uczyłaś? Nie możliwe,nic sobie nie przypo...
-Taaatoo!
-Oj,tylko się z tobą droczę.-wyszczerzyłem zęby.-Dobrze wiesz,że bardzo Cię kocham.-przytuliłem ją do siebie mocno.Zaskakujące było to,że nawet jej włosy pachniały tak jak włosy Mary...
-Ale baldzo blakuje mi mamy...
-Mnie też,skarbie...mnie też...-westchnąłem i zacząłem gładzić ją po włosach.Nie minęło dziesięć minut jak mała zasnęła,więc wziąłem ją delikatnie na ręce i odstawiłem do łóżka.Byłoby wszystko idealnie,gdyby nie krzyki teściowej z dołu.Anjali momentalnie otworzyła oczy i widząc moją przerażoną minę przyłożyła palec do ust.
-Spoko tato,splóbuję zasnąć jeszcze laz.Uściskaj ode mnie babcię Tlishę,dobla?
-Dobla.-zaśmiałem się i zszedłem na dół.
-Zayn,synu! Jak ja dawno Cię nie widziałam! Na ile przyjechałeś? No i gdzie masz Anjali?-momentalnie zostałem zasypany pytaniami ze strony mojej matki.
-Cześć mamo.-uściskałem ją i popatrzyłem jej prosto w oczy.-Te uściski z dedykacją od małego śpiocha.-wskazałem na samą górę schodów gdzie prawdopodobnie skradała się Anjali.I nie myliłem się,po sekundzie zaczęły posyłać sobie oczka dopóki mała nie ziewnęła i babcia nie zagoniła jej do łóżka.-Jutro wracam z powrotem.
-Co? Dlaczego tak szybko?
-Koniec urlopu,trzeba wracać do pracy.Mamy teraz strasznie dużo roboty,trzeba nagrać wszystkie piosenki jeszcze raz,niedługo premiera nowej płyty.
-Dzieci zostają tutaj?
-Taak,muszę zostawić je w Bradford,inaczej nie poradziłbym sobie z tym wszystkim.Wybacz mi,że nie zostawiam ich u Ciebie,ale ty i tak masz pewnie niezłe zoo w domu.Doniyah przyjechała?
-A no przyjechała,dzieciaki ponoć stęskniły się za nami choć i tak całe dnie spędzają to przed telewizorem to przed komputerem...
-Nie dziw się,takie właśnie jest nasze nowe pokolenie.Mało kto pamięta teraz o starej,dobrej piłce czy przesiadywaniu na podwórku od rana do wieczora.
-Pseprasam barrdzo,ale ja pamiętam!-odezwał się Harry a ja się uśmiechnąłem.
-No tak,ty może akurat wyrośniesz na ludzi.
-A właśnie Harry!-mama złapała go jak próbował czmychnąć na górę.-Słyszałam,że masz nową dziewczynę.Opowiesz mi o niej?
-Ooj babciu,skoda gadać...-machnął ręką.-To byla jedna,wielka pomylka.Zerwalem z nią po tym jak odbylem powazną rozmowę z wujkiem Harrym.
Spojrzała na niego zaskoczona a ja nie mogąc się powstrzymać wybuchnąłem śmiechem.
-Ja chyba zabronię Ci się z nim spotykać!-wskazałem na niego palcem.-Ma na Ciebie zły wpływ! A teraz zmykaj do łóżka,Anjali już pewnie zasnęła.
-Nie będę z nią spał.-powiedział wychodząc po schodach.
-Będziesz i bez gadania.
-Nie będę.Pójdę do wujka Joe'go.
-Wiesz,że Joe późno wróci.Nie będziesz bał się spać samiuśki jak palec w ciemnym pokoju?-uniosłem brew a on zastanowił się na chwilę.
-No dobra,pójdę do niej ale ostatni raz! I robię to tylko dla Ciebie,zebyś się o nią nie martwił.Będzie w dobrych rękach.-zapewnił mnie i uciekł a my z mamą zaśmialiśmy się i poszliśmy na kolację przygotowaną przez tą starszą Anjali.Niedługo potem pojawił się Charlie,mój teść i wtedy też pożegnałem się z mamą.Przespałem noc w starym pokoju Mary i z samego rana wyleciałem do Londynu.

TO NIE JEST JESZCZE OSTATNI ROZDZIAŁ - tak tylko uprzedzam wasze zapytania.
Jak wrażenia? Wesołe? Smutne? Nie wiem co będziecie o tym sądzić więc piszcie.
No i życzę wspaniałego miesiąca wakacji,który nam pozostał :)

Ps.obiecałam jednej czytelniczce Gajane,że wstawię jej rysunek: